Dziecko: inwestycja,partner czy maskotka?

Zbudowanie głębokich relacji międzypokoleniowych zależy od wielu czynników. Wymaga podobnej skali wyznawanych wartości, odległości, którą da się pokonać w racjonalnym czasie i wzajemnego dopasowania się.

Kiedyś, w poprzednim wieku, pod jednym dachem zamieszkiwały w większości 3 pokolenia. Wówczas rodzina miała do wyboru: stworzyć sobie w domu piekło w domu lub szanować wzajemne granice. Wymagało to poświęceń.

Inaczej jest obecnie. Od wi lat dajemy dzieciom więcej wolności, szanujemy ich odrębność i dajemy możliwość większej swobody w podejmowaniu ważnych decyzji. Kiedyś przyszłość dziecka przesądzana była najczęściej na „rodzinnych naradach”.Obecnie najczęściej wybory podpowiadają dziecku równieśnicy i Internet.

Sama w wieku lat nastu byłam ogromną przeciwniczką słuchania porad „ciotek klotek”. Jednak wychowywałam się w czasach kiedy za nieposłuszeństwo dostawało się klapsa. A czasem i solidne lanie. Nie twierdzę, że to były dobre metody wychowawcze.

Wtedy, częściej niż obecnie dzieci

Nie miały własnego zdania z lęku o skórę, po której częściej przelatywał paseczek, za który chwytali rodzice.

A kiedy dziecko przestaje się bać o to, że zostanie ofiarą przemocy fizycznej ( nazwijmy rzeczy po imieniu), zachowuje się zupełnie inaczej. Co oznacza większą swobodę kounikowania własnego zdania . Znacie to z autopsji, prawda? A propos, specjaliści od relacji rodzice-dzieci, radzą, by szybko posiąść wiedzę ile czasu potrzeba na rzeczową rozmowę. I ostrzegają, że jej wydłużanie prowadzi do rodzicielskiej porażki.

Jak wyglądają relacje rodzinne na odległość i z bliska? Gdy dorosłe dziecko wyjeżdża daleko od od domu i nie korzysta z pomocy dziadków z przyczyn oczywistych, normą jest, że relacje, na które nie ma czasu z powodu odległości, nie są tak głębokie jak te, które dojrzewały w innych warunkach: w warunkach korzystania z pomocy rodziców przy wychowywaniu wnuków. Można to podsumować tak: dzieci spłacają rodzicom

Dług wdzięczności

W czasach, kiedy dorosłe dzieci mieszkały pod jednym dachem ze swoimi rodzicami oraz własną „progeniturą”, dziecko traktowane było jak inwestycja na starość. Na zasadzie starej prawdy: „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”, dorosłe dzieci w naturalny sposób przejmowały obowiązek troszczenia się o rodziców na starość, bo same wkraczając w dorosłość otrzymały od swoich rodziców potężne wsparcie: finansowe oraz pomoc w wychowaniu dzieci. Żyjąc we wspólnym domu wszyscy domownicy starali się ułożyć wzajemne relacje w oparciu o „odpuszczanie”. W imię dobrej atmosfery domowej, dorosłe dziecko gotowe było się zgodzić nawet na to, że czasem pewne sfery życia wciąż są kontrolowane przez najstarsze pokolenie. W końcu ugotowany obiadek, pranie, zakupy i opieka nad wnukami miały swoją cenę ( zwłaszcza kiedy zsumujemy koszty wynajęcia osoby obcej na wiele lat, bo dzieci, jak wiadomo, często chorują i są czasochłonne) i często za tą oszczędność na zatrudnianiu osób obcych i „wynajęcia dziadków” ceną było zaciśnięcie zębów i zbudowanie dobrych relacji. A te, jak wiadomo, na wierzbie nie rosną i trzeba je sobie wypracować. I to jest relacja partnerska.

Nie zamierzam oceniać, który wariant wychowania jest lepszy. Na pewno ten pierwszy na ogół skutkuje ciaśniejszą więzią. Jednak czasem los układa sprawy tak, że dzieci są zbyt daleko by spotkać się z nimi częściej niż kilka razy w roku.

Bardzo często rodzice dorosłych już dzieci boleśnie przeżywają fakt „detronizacji”.Dużo trudniej jest zaplanować wspólne spotkanie czy rozkład dnia jeśli musisz się liczyć z planami dwóch dodatkowych rodzin: twoje dorosłe dziecko ma przecież chłopaka/dziewczynę czy męża/żonę, a to oznacza możliwość konfliktu. Czasem nie da się inaczej jak odpuścić i nie planować zbyt szczegółowo.

Różne typy rodzin, różne typy wyrażania uczuć

Przypuśmy, że jesteś ekstrawertykiem, cholerykiem, osobą z natury głośną, szczerą, spontaniczną i nieco zaborczą. Masz to do siebie, że wolisz ciekawe rozmowy niż sterczenie godzinami w kuchni…. I nagle przychodzi ci spotkać się ze zgoła innymi cechami partnera twojego dziecka. Akceptujesz czy wyrzucasz dziecku, jak mogło zakochać się w kimś „tak dziwnym i nie przystającym do naszej rodziny”?

Takie spotkanie przeżyłam 28 lat temu. Tylko, że to ja byłam ekstrawertykiem, i spotkałam zadeklarowaną domatorkę, 100% odpowiedzialną, ambitną gospodynię, mamcię – kwokę, milczka…. Nie spełniłam chyba nawet w 3 % oczekiwań mojej przyszłej teściowej…. 🙂 Nie wiem czy to byłby obecnie problem dla młodej, asertywnej i dobrze wykształconej kandydatki na synową. Dla mnie był to problem olbrzymi. Z tego spotkania wyniosłam jednak bardzo wiele cennych lekcji 🙂

Przypuśmy, że podejrzewasz, że twoje dorosłe dziecko zaczyna się z kimś spotykać i w końcu nadejdzie moment przedstawienia wam tej osoby…Gdybyś miała nakreślić teraz obraz idealnego partnera twojego dorosłego dziecka, jestem pewna, że każdego dnia dodałabyś do swoich wymagań nowe, czasem wzajemnie się wykluczające szczegóły: na przykład: ma być towarzyski ale ma uwielbiać dom i rodzinę, ma być pracowity, ale też nie zaniedbywać twojego dziecka i wnuków. Ma mieć własne zdanie i nie być pantoflarzem, ale jednocześnie powinien się zawsze poradzić swojej drugiej połówki i nigdy nie podejmować samodzielnie ważnych decyzji. Ma cię uwielbiać i chętnie odwiedzać w weekendy, chociaż ty nie cierpiałaś weekendowych wizyt u teściów. Ma cię szanować ale jednocześnie nie zwracać uwagi na twój nadmierny krytycyzm i inne wady.

Zawsze stanę po twojej stronie, córeczko

Znasz ten dowcip?

Spotykają się po 25 latach przyjaciółki ze szkolnej ławy i opowiadają sobie o rodzince.

-Jak tam twoja synowa, Jadziu?

-Mój biedny syn to trafił naprawdę pechowo. Ożenił się z leniwą dziewuchą, taką, co tylko paznokietki maluje i po Internetach zakupy klika. A on musi rano wstać, bułęczki ze sklepu przynieść, dzieci do przedszkola odwieżć… A u ciebie? Druga kobieta na to:

-A u nas całkiem dobrze, nie mogę narzekać, wiesz? Zięć bardzo o córkę dba, pozwala jej na wizyty u kosmetyczki i modne ciuszki, uwielbia odwozić dzieci do przedszkola przed pracą, i rano biegnie do sklepu po świeże bułeczki, jej ulubione… Córka dobrze trafiła…

Tak więc punkt widzenia zależy od punktu siedzenia 🙂

Prawie każdy rodzic ma tendencję do stania po stronie swojego dziecka, a większość z nas doświadcza trudności z obiektywną oceną wydrzeń, jeśli poszlaki wskazują na ewidentną winę twojego dziecka. Tym bardziej rodzic zawsze będzie uważał swoje dziecko za niewinne jakiegoś konfliktu.

Od czasu kiedy nasza progenitura spotkała kogoś, kto wydaje się być jego drugą połówką, jestem znacznie spokojniejsza. Mój spokój wynika z ewidentnie dobrej atmosfery, jaka między nimi panuje, a widać to w radosnym usposobienieniu , w poczuciu humoru i w fakcie, że niektóre problemy, które kiedyś wydawały się poważne, nagle straciły na znaczeniu. Martwiłam się, że będę o mojego jedynaka zazdrosna. W końcu poświęca nam ostatnio mniej czasu. Wchodząc przed laty do mojej nowej rodziny spotkałam się z czymś na kształt zaborczej zazdrości.Ale może było to moje subiektywne odczucie?

Wszystko ma swój czas

Ostatnio zobaczyłam w Internecie taki mem: dwoje staruszków wiezie w wózku własne dziecko: dorosłego, brodatego mężczyznę.I podpis: „Jak go sobie wychowasz, takim człowiekiem będzie”.

Zawsze sądziłam, że zbudowanie dobrej relacji powinno być oparte na fajnej rozmowie, wspólnych żartach, ale takich bez „beki” z drugiej osoby, jej sposobu życia i świata wartości. Poznałam jednak inne typy budowania relacji, oparte na trosce o nieturalną obfitą ilość jedzenia. Typ taki gloryfikują, przypuszczalnie, intorwertycy, osobe ciche i skryte. Po latach rozumiem, że jest to ich sposób na okazanie innym szacunku oraz dowodem, że się starają. Uwielbiam gościć kameralne grono, które jestem w stanie ogarnąć i pod względem posiłku, i zdążyć się nacieszyć rozmową z nimi. Z intorwertykami mam, przyznam szczerze, mocno „pod górkę”, stanowią dla mnie nie lada wyzwanie. Choć szanuję ich bo to na ogół bardzo wartościowi ludzie.Jednak wyzwanie towarzyskie jest duże bo introwertyk raczej niczego ci nie ułatwi, a w każdym razie, raczej nie będzie duszą towarzystwa…

Nie muszę być taka jak wszyscy

A to nie tak! Po prostu wolę czytać i rozmawiać niż gotować, a jeśli gotuję, to raczej bardzo prosto, i nie znajduję zbyt wielkiej frajdy w udawaniu, że mój dom jest elegancką restauracją. Nie, nie jest. I myślę, że wiele pań domu ma tak samo jak ja: gotujemy bo trzeba żyć, ale w razie czego, chętnie zostawimy to fachowcom:) Myślę, że w właśnie w takim kierunku zmierza świat bo i w Polsce, i na świecie, coraz więcej rodzin widać zgromadzonych przy stole w restauracji. I jeszcze taka obserwacja: prawie każdy z biesiadników ma na talerzu…inne danie!

Czyli chcąc zaimponować gościom, należałoby przyrządzić dla każdego z nich jego ulubioną potrawę? Cóż, to wyzwanie trochę mnie przerasta 🙂

Ostatnio dość spontanicznie zajrzała do mnie koleżanka z 3 dzieci.Nie byłam przygotowana na tą wizytę, poczęstowałam ich prostą, domową lemoniadą i kromką chleba z miodem. I…zebrałam pochwały: „Wiesz, u mnie w domu zawsze była góra jedzenia i kiepska jakość relacji między domownikami”. Może niektórzy faktycznie sądzą, że do serca można trafić jedynie przez żóładek? Dziękuję ci, że u ciebie jest inaczej”.

Ostatnio sporo czytałam o sztuce bycia rodzicem dorosłego dziecka. I, zostawiając na boku „rozkminki” o własnych kompleksach kulinarnych, myślę, że sztuka budowania dobrych relacji międzypokoleniowych jest i banalna, i skomplikowana zarazem. Banalna, bo fachowcy po prostu radzą trzy rzeczy: po pierwsze, wyznaczyć jasne, plastyczne granice tego co cię rani i czego nie akceptujesz, po drugie: dwa razy więcej słuchać niż mówić…. I wreszcie…po trzecie: znalećć złoty moment zakończenia rozmowy zanim skomplikujemy sprawy do tego stopnia, że ich rozwikłanie będzie możliwe jedynie z udziałem specjalisty….

Wyższa szkoła rodzicielskiego partnerstwa

W Internecie możemy znależć miliardy porad jak być doskonałym rodzicem.Jedną z nich jest zasada: kiedy dziecko się urodzi, aż do ukończenia przedszkola traktuj je jak króla lub królewnę: podziwiaj i służ. Od rozpoczęcia nauki w szkole aż do ukończenia edukacji traktuj je tak jak dziecko. Zachęcaj i pocieszaj.A po zakończeniu edukacji, gdy osiągnie samodzielność, traktuj je jak partnera: kochaj i wymagaj.

Wyższą szkołą jazdy w relacjach: rodzic i dorosłe dziecko jest przyzwolenie na popełnienie przez niego błędów, doświadczanie konsekwencji własnych, nietrafionych decyzji, nie wyręczanie dorosłego człowieka w tych aspektach życia, w których powinien on już sobie radzić sam

( gotowanie, serwowanie posiłków, czyli bycie etatowym, darmowym kelenrem na każde wezwanie). I umiejętność przyznania, że grzecznie jest liczyć się ze zdaniem innych, pod warunkiem, że to działa w obie strony, czyli nie jesteś zmuszany liczyć się z innymi, a druga strona samoczynnie zwolniła się z tegoż obowiązku….

A co dla ciebie jest największym wyzwaniem w roli rodzica dorosłego/dorastającego dziecka?

  • Magdalena

    Och Jolu, dla mnie obecnie wyzwaniem jest zwykłe, codzienne funkcjonowanie.
    Jesteśmy z Anią w takim momencie, kiedy prawdopodobnie ona nie wie, co się dzieje, a ja nie wiem nawet, jak się odezwać, bo najzwyklejsze zdanie wprawia ją we wściekłość, albo rozpacz.
    Balansujemy codziennie na linie.
    Wiem, że to minie, wiem, że nie mogę brać tego wszystkiego do siebie, a jednak trudno czasem nie wpaść w rozpacz. Do tego jeszcze zawsze między nami są smartfon i Internet i to wszystko, co w nim jest dobre czy złe, ważniejsze od tego, co tu i teraz. Próbuję wypracować sposób na pokonanie tego, na wprowadzenie równowagi, ale jak na razie po prostu przegrywam.

    • Magda, ten czas to kształtowanie się osobowości Ani, przepoczwarzanie się z larwy w motyla. Wymaga wielkich pokładów cierpliwości. Trzymaj się i pilnuj czasu na codzienne, drobne przyjemności, które będą rodzajem balsamu dla zranionego serducha. Wszystko minie!

      • Magdalena

        Dziękuję za słowa otuchy 🙂