Hipochondryk w akcji – o najnowszej książce Mariusza Sieniewicza

 

„Ma talent do metafor. Są one trafne i naturalne jak nigdy. Nie przytłaczają patosem, nie są zbyt upudrowane. Nie narzucają się, a z drugiej strony uderzają swą prawdziwością”-

W powyższy sposób użytkownicy portalu „Lubimy Czytać”komplementują autora nowości wydawniczej „Znaku”-Mariusza Sieniewicza. Postanowiłam sprawdzić zasadność powyższego komplementu i sięgnęłam po lekturę ” Walizek hipochondryka”.Zanim jednak przejdę do rzeczy: krótka dygresja ( „w temacie”):

 

Kto z nas nie spotkał w życiu choćby jednego hipochondryka, którego domowa apteczka przypomina dobrze zaopatrzony regał ” Super-Pharm” ? Kto z was próbował pogadać z hipochondrykiem na temat inny, niż zdrowie jego samego, ewentualnie, jego najbliższych?

W Trójkowej „Powtórce z rozrywki” usłyszałam  kiedyś zabawny dialog pary hipochondryków.

Brzmiał on mniej-więcej tak ( cytuję z pamięci):

-Heniu, nie słódź herbaty. Wybieramy się przecież zaraz do laboratorium-mówi żona.

-No tak, a co dziś badamy?

– Może próby wątrobowe i cholesterol? -proponuje żona.

-Eeee, w zesżłym miesiącu były w normie.

– No to może cukier na czczo?-indaguje kobieta-

– Teraz? Po śniadaniu? -denerwuje się facet.

-No, dobrze, a co powiesz o EKG i próbie wysiłkowej?- nie daje za wygraną kobieta.

-To ja wolałbym już abyś zrobiła badanie gęstości kości, a ja w tym czasie pójdę na USG jamy brzusznej – rzuca facet -coś mnie pobolewało lekko przedwczoraj.

-A może by tak…. tomografia mózgu? Poranne migreny czasem nasilają się jesienią- proponuje ona.

-A widzisz, skoro o tomografii mówisz, przypomniałam sobie, że pora na mammografię -wykrzykuje kobieta. I potem od razu do kontroli, ja do ginekologa, ty do androloga…

-Słuchaj, Ziutka… A może po prostu zafundujmy dziś sobie inną przyjemność? Kawa, ciacho, kino-proponuje facet by odwrócić uwagę kobiety od androloga.

-A broń cię Boże- tyle kalorii i niezdrowy bezruch-nie zgadzam się! -mówi kobieta.

-…I poza tym szkoda pieniędzy Misi, która kupiła nam ten abonament do Centrum Medycznego pod choinkę. Kochane dziecko mamy! No, pij już szybciej tę kawę! Powinniśmy jeszcze zdążyć na USG…

 

Czytam zatem właśnie ‚Walizki hipochondryka” Mariusza Sieniewicza.  Hipochondryk to raczej przypadłość wyśmiewana, nie budząca współczucia. Czy liczyłam na to,że książka będzie głównie śmieszna? Przyznam  bez bicia, że to moja  pierwsza lektura książki tego olsztyńskiego pisarza, dziennikarza felietonisty, recenzenta, autora książek: „Prababka”, „Czwarte niebo”,”Rebelia”, „Miasto szklanych słoni”. Nagradzanego i docenianego ( nominacja m.in do nagród „Paszporty Polityki”,literackiej nagrody „Nike” oraz „Trójkowym Znakiem Jakości”- programu 3 Polskiego Radia. Z rekomendacji czytelników portalu „Lubimy Czytać” i po liście prestiżowych nagród, jakimi obsypano Autora,domyśliłam się, że ta  lektura będzie raczej ambitna.

W marcu 2005 roku Olga Tokarczuk rekomendowała twórczość Sieniewicza na Międzynarodowych Targach Książki w Lipsku, w ramach projektu „Famous Authors present promising young writers”.

Czy warto polecić „Walizki hipochondryka”? Tak, choć należy się przygotować na to, że nie jest to powieść lekka i przyjemna w odbiorze. Zawiera wiele sugestywnych opisów. Kilkakrotnie musiałam przerwać czytanie, między innymi podczas opisu zarzynania świni, czy odrąbywania głowy kurze. I już, już gotowa byłabym zadeklarować wegetarianizm ale… póki co, czytałam dalej, bo fabuła nabierała rozmachu.

Narrator- niejaki Emil Śledziennik ( cóż za zgrabna żonglerka słowna w nazwisku ), jest słabego zdrowia, dysponuje kwiecistym, barokowym językiem, i wszędzie dopatruje się pecha. Jest tym, który lekko łapie wszelkie infekcje, jak również z wielką łatwością zakochuje się platonicznie. I w pielęgniarce, i w uśmierzajacych ból i fizyczny, i egzystencjalny,  prochach typu Ketonal. No a potem pakuje się w kłopoty….Narrator jest bystrym, ironicznym obserwatorem szpitalnej rzeczywistości. Wokół niego rozgrywa się absurdalnie fizjologiczny ciąg zdarzeń, prawdziwe życie pacjentów, którzy znaleźli się na łasce i niełasce NFZ, lekarzy i rozwożących tak zwane jedzenie.

Strach, niepewne rokowania, uruchamiają całą gamę zachowań pacjentów: od wyalienowania, poprzez modlitewną kontemplację, aż po zachowania brawurowe. Każdy pacjent jest inny. Każda historia jest nieco inna. Autor określił je mianem „żywota manekinów”, kontrastując szpitalne doświadczenia z życiem na zewnątrz, życiem, w którym: ” Każdy dzień rozpoczynałem od prasówki w necie, sprawdzając na mapie ludzkiego losu, gdzie wybuchła kolejna wojna ,gdzie trwa epidemia, gdzie głód i w jakich miejscach celebryci zarzucają przynetę na papparazzich, a politycy strzelają językiem jak z procy,doskonale zdając sobie sprawę,że spustoszenia poczynione przez język są nieodwracalne. Później sprawdzałem,co słychać u konkurencji, komu udało się coś skrobnąć i wydać, kto poszedł w lansy, kto pozostaje twórcą niezłomnym.Z rozkoszą animowego podglądacza wpatrywałem się w najbzdurniejsze informacje, zamieszczone na tzw.” ścianach”przez wirtualnych znajomych (…) Aktywny czat udowadniał, że inni tez logowali się na poranny żer(…) Później kawka, fejsbuk,dwie, trzy złote myśli, zanotowane na kartce, trzy ,cztery ploty wyniesione z bufetu i puszczone w obieg”.

I nagle… tak inna rzeczywistość. Rzeczywistość z fizjologią w roli głównej. Rzeczywistość zależności od ludzi w białych kitlach. Rzeczywistość uświadomienia sobie platonicznego uczucia. I rzeczywistość  nieśpiesznie kontemplowana przez pryzmat wspomnień.

Kim są Chodziarze? Dziadulec? Cyganka? Kapłanka? Kim jest uwolniony z ampułki Dżin? I na czym polegała szpitalna „Gorączka sobotniej nocy?” Czy w szpitalu da się przeżyć przygodę życia ze skokami adrenaliny? Czy istnieje lepsza lekcja minimalizmu od … pakowania walizki przed wyjazdem do szpitala? Wreszcie: Na czym polega grzeszenie przeciwko… własnemu losowi? Na dezercji ze świata realnego do świata morfiny i dolarganu?

Dobra, choć wymagająca proza na jesienny wieczór.

Ps. Bez przeczytania „Walizek” statystyczny hipochondryk będzie w was wyzwalał uczucia gniewu i zniecierpliwienia. Po lekturze, spojrzycie na tę przypadłość z lekkim dystansem i poczuciem humoru. Nie ma lepszej metody na oswojenie lęków niż ich wyśmianie. Sprawdźcie, jak autor rozprawił się z tym najpierwotniejszym i jednym z najsilniejszych ludzkich uczuć: ze strachem o własne życie.

Eliza Szybowicz napisała o tej książce: ” NFZ powinien to refundować”. Tylko…. gdzie załatwić taką refundację? ;)) ?

Mariusz Sieniewicz: ” Walizki hipochondryka”,

Wydawnictwo ZNAK, Kraków, 2014

( stron:269)

 

 

  • Jakie ciężkie życie musi mieć hipochondryk.. ;]

  • Jak w krzywym zwierciadle odbijają się w tej książce nasze frustracje,przywary, lęki,słabości i marzenia.Scena z zarzynaniem zwierząt nie dla osób o słabych nerwach. Ale kto by tam z dzieciństwa nie pamiętał jakiejś śmierci zwierzęcia na wiejskim podwórku?

  • Hipochondrycy są wśród nas ;). No cóż, książka zapowiada się całkiem interesująco zatem :D.