Jak pozbyć się urazów? Czyli o grzybach i…rybach…

   

Fot. Jola Zdolska- Gurgul

A tymczasem na myślenickim bazarku….do wyboru…do koloru 🙂

Obejrzałam dziś na Facebooku  live’a koleżanki. Nagrała go piękna,  dojrzała kobieta , która postanowiła w kilka dni po swoich okrągłych urodzinach rozprawić się z pewnym…demonem z dzieciństwa. Ten demon to… urodzinowe życzenia. I  mnie także wzięło  na kilka demonicznych refleksji. A co, niechże mam to już za sobą 🙂

 

 Wyobrażasz sobie, że można być skrępowanym i czuć się dziwnie, OK, napiszę wprost:  źle, w reakcji na serdeczne słowa innych ludzi kierowane do ciebie? Zaniepokoił mnie ten temat. Bo każdy z nas ma w sobie coś, co chciałby zakopać pół metra pod ziemią na Karaibach i nigdy więcej do tego nie wracać. Chcę dziś przyjrzeć się tematowi dziecięcych wspomnień.  Chcę zastanowić się wspólnie z tobą dlaczego na pewne sytuacje  w dorosłym życiu reagujemy w sposób nie do końca zrozumiały dla nas samych?

 Jeśli z konkretnym wydarzeniem  kojarzą ci się przykre, stresujące wspomnienia…

 

Wzięłam więc na warsztat temat pierwszy lepszy z brzegu: sezonowy i na czasie: grzyby.

Zdradzę ci moją tajemnicę:  Nigdy nie wybrałabym się samodzielnie na grzyby bo nie ufam sama sobie, czy  to, co znajdę, będzie nadawało się do zjedzenia czy  okaże się   falsyfikatem  borowika, na przykład…

Z perspektywy czasu uważam, że to co najmniej dziwne, bo w dzieciństwie wzięłam udział w tylu grzybobraniach, że powinnam czuć się  ekspertem. Ja, córka i wnuczka zapalonych grzybiarzy!

A jednak mam poważne opory. Nie pojadę na grzyby i tyle.Bo…

W mojej rodzinie wszyscy uwielbiali zbierać grzyby. Rodzinne grzybobrania były czymś w rodzaju niepisanej tradycji.  Na grzybach znano się u nas od pokoleń. Wrzesień i październik zwykle upływał nam na popołudniowych i weekendowych także,  wypadach do lasów zlokalizowanych niedaleko rodzinnego miasta. Wywijaliśmy    uplecionymi przez mojego dziadzia  koszykami, kluczyliśmy  po leśnych zakamarkach z  termosem  wypełnionym  herbatą  i  ze śpiewem na ustach ( oczywiście, przesadzam, nie zawsze, bywały dni kiedy  mieliśmy dobry nastrój).Czasem  rodzice wyprawą do lasu rozładowywali   stres po  pracy. Wtedy raczej milczeli, a atmosfery dopełniało śmiesznie szumiące radio na falach długich. Cżęsto towarzyszyły nam przeboje  Anny Jantar czy Krzysztofa Krawczyka. No i ten niezapomniany   ryk silnika…który trudno było przekrzyczeć…  Najpierw Trabanta, zwanego Mydelniczką, a potem dwu-suwa,  Syrenki ( nie mylić z SUV-em!) Tej nieszczęsnej Syrenki, najpierw kremowej, potem żółtej, albo na odwrót  zawsze strasznie się wstydziłam.

Fot. ( z archiwum rodzinnego  autorki) Wojciech Gurgul

Oczywiście, nikt mnie nie pytał nigdy  czy mam ochotę jechać na grzyby.  Jechali wszyscy, jechałam i ja choć w lesie głównie podskubywałam brusznicę i barwinek. Zamiast zbierać oślizgłe grzyby, zbierałam  bukiety.

Czasem stałam  w tym lesie, całkowicie ignorując ostrzeżenia:

„Tylko się nie zgub”…

i gapiłam się całymi minutami na pracowicie zasuwające mrówki albo pytałam:

Co to za roślina?

Zupełnie nie brały mnie dyskusje typu: dlaczego niektórzy boją się zbierać taaakie pyszne kanie, albo dlaczego inni grzybiarze  mają w pogardzie ulubione grzyby mojego taty, podgrzybki. Nie brałam udziału w spekulacjach:

Gdzie warto dziś pojechać, a gdzie „będzie już mocno przebrane” z powodu tłumu konkurencyjnych fanów kurek w śmietanie?

Za to liczenie zebranych okazów, sprawdzenie czy zdrowy, było pewnego rodzaju przyjemnością. Nie lubiłam i nie lubię smaku podgrzybków.  A często zdarzało się, że były to jedyne plony wypadu

Dlaczego obecnie   w moim małżeństwie nie chodzimy na grzyby?

I tu dochodzimy do dziecięcej  traumy.

Pewnego dnia wracałam z rodzicami z wyjątkowo udanej wyprawy.  Koszyki pachniały  mchem, wypełnione dorodnymi i szlachetnymi okazami….. idealnymi do suszenia na wigilijny barszczyk.

Jak zwykle miałam przed sobą duży bukiet wrzosów. Wychodząc z samochodu uderzyłam lekko stopą w jakąś dziwną krawędź, ale śpieszyło mi się na ulubiony serial i nie zwróciłam na ten fakt uwagi.

Dopiero gdy poczułam, że coś mi chlupie w trampku, obejrzałam swoją stopę. Nie padało,  a ja miałam w bucie istną powódź!

 

Fot.archiwum rodzinne autorki

Okazało się, że przecięłam sobie stopę na porzuconym przez kogoś pękniętym słoiku. Rana nie była duża, ale obficie krwawiła,  dość głęboka bo zadana ostrą krawędzią. Goiła się długo  i pobolewała mnie przez wiele lat na zmianę pogody…

W tamtych czasach nie było wujka Google aby sprawdzić  jaka jest krytyczna wielkość  rany  wymagająca interwencji igły i nitki lekarza….. Rodzice zadzwonili  po znajomą ciocię-pielęgniarkę, a ta przyszła niezwłocznie, zdezynfekowała, fachowo zabandażowała i stwierdziła, że

Do wesela się zagoi…

Tego wieczora przyrzekłam sobie, że to będzie moje ostatnie grzybobranie.

Okej,  słowa nie dotrzymałam bo tradycja tradycją….spróbowałam jeszcze dwa razy. Ale  przy pierwszym podejściu koleżanka  zobaczyła w zaroślach żmiję i spadałyśmy w popłochu  intuicyjnie, porzuciwszy koszyki z kilkoma maślakami w środku. A za drugim podejściem właścicielka przyległej do lasku posesji zrugała mnie, że wchodzę na jej teren i zabieram dzieciom przysmaki. Nie zastanawiając się za długo wypaliłam:

– No to proszę! I postawiłam przed nią koszyk ( z „jej”) grzybami, życząc  właścielce lasku : smacznego.

Organizm potrafi jednak odpowiedzieć na niemile skojarzenia i stres związany z konkretną sytuacją przerażenia, a potem niechęci. Okazało się, że mam uczulenie na grzybki w zalewie octowej 🙂

Dodatkowo w rodzinie, do której weszłam nie ma tradycji grzybobrań. Nawet jak znalazłam coś jadalnego, kwestionowano czy aby na pewno? A doniesienia telewizyjne o biednych, małych dzieciach walczących o życie po zjedzeniu trującego okazu zupełnie wygoniły mi z głowy myśl o tym, że grzybobranie może być przyjemnością. Tak jak emeryci drżą na myśl o wysokim cholesterolu i o braku stosownego medykamentu w apteczce na tę przypadłość, tak ja drżę na myśl o wyprawie na grzyby…

Jak uporać się z przykrymi wspomnieniami i usunąć urazę?

Chodzenie po lesie w stadzie rodzinnym czy w gronie znajomych jest fajne!!!

Dotleniamy mózgi. Możemy pośpiewać, kreatywniejsze ekipy mogą  wziąć udział w konkurencji, kto będzie miał w koszyku mniej trujących okazów, kto znajdzie najbardziej dorodnego muchomora, kto przypomni sobie najfajniejszy dowcip , z którego wszyscy śmialiśmy się podczas poprzedniego grzybobrania?

Przy okazji, dowcip o bacy- grzybiarzu, który po krótkim stażu małżeńskim pochował   2 żony i ten fakt wzbudził podejrzenia  sąsiadów, którzy podali bacę do sądu.

-W jakich okolicznościach zmarła pańska pierwsza żona?

-Zatruła się gzybami, wysoki sądzie…

-Z jakiego powodu zmarła druga żona?

-A, Hanka….Ona miała złamaną podstawę caski…

-???

-No, gzybów nie chciała jeść, torba bosa….

 

Pewnie powinnam udać się na grzyby z jakąś wesołą gromadą traktującą  to ryzykowne ( zdaniem niektórych) zajęcie  bardziej w charakterze rekreacji niż ambicjonalnie….No i powinnam trzymać się z dala od domów, bo a nuż ktoś mi znowu powie, że wlazłam bez proszenia na jego teren i kradnę mu grzyby? 🙂 Jakby co, czekam na propozycje:)

Ps  Jeśli czasem podróżujesz  w dłuższe trasy i w okolicach obszarów leśnych widzisz  ludzi, siedzących tuż przy ruchliwej trasie i sprzedających grzyby, czy nigdy nie martwisz się, że to co oni robią może być niebezpieczne?

Po pierwsze, jeśli kupisz grzyby nie znając się na nich, musisz mieć stuprocentowe zaufanie, że sprzedaje ci je ktoś, kto  ma atlas grzybów jadalnych w małym palcu… Są w końcu grzyby bardzo trujące, do złudzenia przypominające te jadalne.

U kogo możesz zareklamować feralny zakup jeśli okaże się, że zjedzenie leśnych przysmaków spowoduje u ciebie zatrucie ? O ile w ogóle… zdążysz…

Po drugie,   wielogodzinne siedzenie przy bardzo ruchliwych  szlakach tranzytowych  może skończyć się wypadkiem. W końcu od czasu do czasu w samochodzie strzela opona lub też auto wykonuje niezaplanowany manewr związany z okolicznościami na drodze… Nie, nie jestem czarnowidzem….

Ps2  Dzieci do 6 roku życia nie powinny w ogóle jadać grzybów ponieważ są one ciężkostrawne dla  słabo jeszcze odpornego  układu pokarmowego.

 

Ps 3: to może zamiast na grzyby….Na ryby ??? 🙂

 

 

  • Jakub

    Ja też pamiętam wyprawy Syrenką 105 w kolorze Sahara. Ten ryk, smród benzyny, offroad po piachu i lisich jarach, a po grzybach ognisko z kiełbaskami (grzyby pal sześć, ale kiełbasa na jałowcowym dymie…..to było coś).

    • Witaj w klubie Syrenki 🙂 jest co wspominać 🙂 Kilka lat temu byłam na ślubie, para młoda jechała właśnie syrenką,w wersji wypasionej, ze skórą na siedzeniach 🙂

  • Uwielbiam grzyby i uwielbiam ryby 🙂

    • Uwielbiasz czyli zbierasz i łowisz? 🙂

  • Le Cheque

    Ryby? z toksynami…

    • Chyba, że ze stawu zaprzyjaźnionych przyjaciół:)

      • Le Cheque

        Ale wówczas będzie to odłów a nie wędkowanie czyt. przyjemność…

    • Oj, no, powietrze też z toksynami w końcu jest, a przecież oddychasz:)