O tym, że nigdy nie jest za późno na coś nowego

Fot. Jola Zdolska- Gurgul

Nie wiem, co będzie trudniejsze, dokończenie kursu , który zaczęliśmy, czy wpisanie wystarczającej ilości fraz kluczowych dla wyszukiwarki.Kocham cię, wyszukiwarko, tak mocno jak taniec….Eeee, żartowałam. Nie kocham. Ale próbuję zrozumieć 🙂

 

Mój osobisty mąż ( po naradzie z Dzielnym Wojakiem Szwejkiem, a ten, jak wiadomo, słynął z różnych pomysłów), postanowił mnie zaskoczyć.

I nie pytaj mnie co oni sobie wtedy, na tej ławeczce, po męsku powiedzieli 🙂

Widocznie  w jego kpiarskim wyrazie twarzy mąż odczytał zachętę żeby coś niecoś pozmieniać w życiu na lepsze...Jak postanowił, tak zrobił i…

Rozpoczęliśmy kurs tańca. Tak, taki ambitny, wielomiesięczny.

 Nie, nie byłam tym pomysłem zachwycona.  A zaczęło się od: Ta dam!!!  Ale się zdziwisz.Niespodzianka!  Mam pomysł na urozmaicenie naszych listopadowych i grudniowych wieczorów!

 

-oznajmił ni z gruszki, ni z pietruszki, mój mąż, a po jego minie poznałam, że pomysł musi być z kategorii: „re-we-la-cyj-nych”.

Coś nowego?Coś nowego? Tylko nie to! To hasło brzmi jak żywcem wyjęte z marnej reklamy.

Mam złe przeczucia. Skoro on ma taki zachwyt w oczach, należy zachować czujność….

-Przecież zaplanowaliśmy remont kuchni…. wysuwam ostrożnie argument- Jak znajdziesz na to wszystko czas?

-Kuchnia to twój pomysł, ja mam lepszy. Zapisałem nas na kurs- obwieścił  i zawiesił głos.

O, matko, kolejne wyzwanie. Nie cieszy mnie „et oll”. Żmudne ćwiczenie kroków. To pewnie będzie tak samo nudne jak  przygotowywanie tekstu pod widoczność w wyszukiwarce. Nie cierpię tego szczerze. No ale czasem trzeba się poświęcić. Postanawiam spróbować.

Nie mam innych marzeń w listopadzie i grudniu jak tylko odrobina spokoju wieczorem. Wyciszyć się przy dobrej książce, wymoczyć się w wannie pełnej piany, może czasem zgubić parę kalorii na rowerze stacjonarnym „Orbitrek”. Ale kurs? W Krakowie? Znowu wieczory z zegarkiem w ręku?-mam ochotę po babsku pomarudzić.Gryzę się w końcu w język.To po co właściwie brałam udział w kursie „Jaką żoną jestem” skoro miałabym zaczynać wszystko od początku czyli zniechęcać go gderaniem?

Wysłuchaj go spokojnie… Zyskaj kilka minut by zorientować się o co chodzi – przypominam sobie instrukcje jakie otrzymałyśmy jako uczestniczki kursu dla żon.

Kurs tańca. Rozpoczynamy jutro…

Będziemy tańczyć! Jak J.Lo i Richard Gere…Tylko …koło klubu, niestety, nie ma stacji metra 🙂

Wow. Mój małżonek chyba oszalał.Nie da się ukryć:przeżywa powtórną młodość. Od roku biega raz w tygodniu na trening personalny.Trener Jarek wyprostował go i wyrzeźbił mu muskulaturę. No i stało się.  Przyszedł czas na kolejny, szokujący projekt z cyklu: „Ruszajmy się, nie rdzewiejmy „…Teraz rozumiem sekwencję przyczynowo- skutkową.Naoglądał się scen z filmu „Zatańcz ze mną” z J.Lo i Richardem Gere… I pewnie zamarzyło mu się takie seksowne tango. Ale…ale jak…Jak my damy radę? Normalnie  tyle lat depczemy sobie  w tańcu wzajemnie po nogach… mam wrażenie, że mąż stawia kroki odmierzane centymetrem.Dam sobie głowę uciąć, że w tańcu po cichu liczy kroki bo nigdy ze mną wtedy nie rozmawia. Jakby był na innej planecie. Jestem przerażona ale rozwój wypadków jest szybki.Okazuje się, że kurs tańca odbywa się w sąsiedniej miejscowości M., oddalonej od Poziomkowego Wzgórza raptem o niecałe 5 km…

Meldujemy się na parkiecie klubu. Mój W. z rozanieloną miną, ja, załamana i przerażona

Dzień wcześniej wyznałam przyjaciółce przez telefon:

-Wiesz, będziemy chodzić na kurs tańca i w ogóle nie cieszy mnie ta perspektywa…

-Rozumiem, że to nie był twój pomysł?- potwierdzam przygnębiona.

Czyli  facet od roku chodzi do fitness klubu szlifować formę dla ciebie, choć tego nie lubi, i ty jesteś zadowolona, a on nie?-dokładnie- potwierdzam smętnie.

-To idź na kurs tańca

Dla wspólnego dobra.

Muszę przyznać: nie zareagowałam tak jak bohaterowie zdjęcia mojej koleżanki, Małgosi

Fot. Małgorzata Winkowska ( dziękuję, Małgosiu, za to zdjęcie)…Postanowiłam jednak, że wbrew lenistwu,  spróbuję,

No więc jestem na parkiecie. Wyciągam z torby buty do tańca, wodę mineralną i przybieram najmilszy wyraz twarzy.Czuję się senna, na sali jest zbyt gorąco.

Dwie pary tylko?- pytam wzrokiem męża… to może jednak kurs…

nie wypali?

Wpatruję się w wirującego na parkiecie młodego człowieka.Jest w swoim żywiole.Porusza się z gracją. Taniec to dla mnie język obcy.Kompletnie nie potrafię zapamiętać nic więcej poza tym co wbiłam do łba na początku:

Panie zwykle zaczynają od lewej nogi

I tego się będę dziś trzymać….

Pan Karol cierpliwie demonstruje, ustawia nam ramę, zachęca by dać się ponieść wspaniałej okazji do bliskości.

Kiedy na chwilę bierze mnie do tańca aby zademonstrować mężowi kroki,  czuję bijącą z jego sylwetki swobodę i pewność. Cza-cza.Całkiem to niegłupie.Wpadamy we wspólny rytm. Depczemy sobie po nogach ale para obok wcale nie jest zdolniejsza.Pan Karol , trochę na wyrost, chwali i zachęca.Ten klub jest znany w okolicy z bardzo zadowolonych klientów. Kilkoro dzieci z naszej mmiejscowości regularnie staje na podium w różnych ważnych turniejach.Mam więc nadzieję, że znajdą sposób i na nas.

Po pierwszych zajęciach wracam do domu kuśtykając.Leczę odciski i przysięgam sobie:

Nigdy więcej nie włożę tych czerwonych butów.Może i są wygodne do chodzenia, ale w tańcu, porażka.

Jakoś tak dwa dni po pierwszym szusowaniu na parkiecie w towarzystwie naszego profesjonalnego instruktora, wpadam na panią G.

Opowiadam o kursie. Bez oporów zgadza się namówić swojego męża. Dołączą do nas.

Na zajęciach numer  dwa nasz instruktor  jest jakiś blady i zdenerwowany.

Często zerka na zegarek i

jest wyraźnie czymś zmartwiony.

Pewnie ma dość  opornych kursantów  w wieku prawie że (przed) emerytalnym. W końcu to średnia przyjemność patrzeć jak niezdarnie kuśtykamy i co chwilę zapomminamy kroków – przelatuje mi przez głowę  podczas przerwy na parę łyków wody.

– Ja przepraszam ale rano zawiozłem właśnie żonę do szpitala – wyznaje w końcu zdesperowany – jutro rano żona będzie miała cesarkę…No ale to bez znaczenia, wróćmy do  ” Chase”- kontynuuje. Uwaga! Panowie, przećwiczmy to jeszcze raz…

– Młody człowieku, jak ty dajesz radę pracować?-dziwi się moja znajoma, która jest z zawodu położną- Pewnie straszny stres przeżywasz….Wymieniają się kilkoma uwagami. Pani G. fachowo uspokaja.Pytamy o płeć dziecka, które jutro przyjdzie na świat.

Zuzia. Będziemy mieć córkę- oznajmia z dumą pan Karol. A moją żonę poznałem właśnie w tym klubie.Zanim się pobraliśmy, byliśmy parą taneczną- przyznaje z uśmiechem.

Za tydzień składamy gratulacje i podziwiamy zdjęcia ślicznego noworodka w telefonie instruktora.

Zajęcia nabierają tempa i powera. Czujemy się już trochę pewniej choć do miana lwów parkietowych jeszcze nam baaaardzo daleko.

Świeżo upieczony  tatuś  podekscytowany, z radości prawie fruwa pod sufitem. Teraz doskonale widzimy jak kocha swoją pracę. Wreszcie mógł się skupić i dał z siebie wszystko. Zaskoczyło mnie, ze wreszcie zapamiętałam te początkowo nie do ogarnięcia kroki i zawijasy… Chase, New Jork, krok podstawowy, obrót….

Do kursu dołącza jeszcze jedna para. Narzeczeni, chcą potrenować kroki przed czekającym ich wkrótce weselem.

I ,sama nie wiem jak,  dałam się wciągnąć w taneczną przygodę.Chociaż, z perspektywy widziałam to tak:

Fot. Jola Zdolska- Gurgul

 

Pewnie sama nigdy nie zapisałabym nas na kurs tańca,

ale skoro już się stało

i skoro męża tak cieszą te wyjścia,  zrobię to dla nas. Każdy środowy wieczór  będzie więc parkietowy….Polubiłam te środy. Od reszty dni tygodnia wyróżnia je brak czasu na Internet i social media. Ale to podobno jest  najbardziej naturalna recepta na umocnienie i ocieplenie atmosfery w związku.Kiedyś, dawno, dawno temu, tańczyło nam się wspaniale. Może jeszcze historia zatoczy koło i znowu taniec zacznie nam sprawiać prawdziwą frajdę? Trzymajcie kciuki!

I chociaż nie wybieramy sięna eliminacje do ” You Can Dance”, i choć niektóre tańce, jak na  przykład rock”n”roll stanowi duże wyzwanie ze względu na tempo, jakoś dajemy radę. I tak powoli dobiega drugi miesiąc kursu.

Mam nadzieję, że nie poddamy się. Trzymajcie kciuki.

Ps co ostatnio dobrego zrobiłaś aby ocieplić atmosferę w swoim małżeństwie lub związku?

Czy lubicie spędzać razem czas?

  • Ech, wyciągam mojego M… właśnie na taki kurs…fajnie by było. Jak tylko nasze Baby będą większe /czytaj, będą mogły zostać same w domu na godzinkę/ to z pewnością się wybierzemy:D
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)