Pewnie dzwonię nie w porę…ale to nie może czekać…

 

 

rogalikiZależy ci na drugim człowieku? Dotrzesz do niego łatwiej jeśli coś was połączy. Zainteresowania. Poglądy. Gust. Poczucie humoru. Uwielbienie dla Bryana Adamsa czy wspólna walka o to by nie budowano wam przed domem drogi szybkiego ruchu… Wspólni znajomi lub też wspólne doświadczenie. Wpólne wspomnienia….

Łączy, ale o tym a pewno wiesz… podobny status. Ot, bycie studentem. Fakt zostania świeżo upieczonym rodzicem. Fakt posiadania dzieci w podobnym wieku. Kto lubi dzieci, dla tych staż rodzicielski nie jest zresztą przeszkodą. Bo fajnie jest dzielić się doświadczeniami. Niebywale mocno, choć często mniej trwale, łączą wydarzenia traumatyczne, jak choroba lub odejście kogoś bardzo bliskiego.

Hania dzieliła ze mną adres, tu, w Polsce, przez wiele lat. Byłyśmy dla siebie na wyciągniecie ręki. Potem studia w różnych miastach i jej wyjazd w Tatry, gdzie mieszkała i pracowała przez wiele lat. Zbyt wolna i artystyczna dusza by myśleć o tradycyjnych rolach kobiecych. Chciała tworzyć i chciała  być kochaną. Przez pewien czas lepiej wychodziło jej w sztuce tworzenia. Hania potrafi robić prześliczne witraże. Cudeńka typu lampy, na przykład. I ja mogę tylko stanąć z rozdziawioną buźką i powiedzieć: Wow. A co do związków i rozwiązków? Tu była historia o materii bardzo delikatnej. Bo z uczuciami było u Hani jak ze szkłem. Wspólna znajoma twierdziła, że artystyczna dusza jest albo kochliwa, albo zakochuje się raz, za to nieszczęśliwie. Wierzyłam, że w końcu znajdzie kogoś, z kim będzie chciała dzielić swoje dojrzałe już lata życia.

Spotkanie zaaranżowane przez wspólną koleżankę. Tyle lat do przegadania! Więzy pewnie nie uległyby jakiemuś ponad standardowemu zacieśnieniu gdyby nie niespodziewane, odkryte w dojrzałym wieku, macierzyństwo Hani. Uwierzyła wreszcie, że uczucia nie muszą być szkłem, które rani. Że w rękach zdolnej i wrażliwej osoby miłość może być masą plastyczną, którą własnymi rękami ukształtuje w coś pięknego.

Wysłałam mojej świeżo upieczonej artystce-matce szczere gratulacje, pochwaliłam wybór ( jakże patriotycznego) imienia Fryderyk dla synka, a potem zaczęłyśmy rozmawiać o matkowaniu w bardzo dojrzałym wieku. I o niebezpieczeństwie związanym z właściwym temu wiekowi poczuciu misyjności i zgubnej w skutkach nadopiekuńczości.

No i , nie ukrywam, trochę połączyły nas także historie smutne. Dowiedziałam się o śmierci jej Taty i w niedługim czasie odeszła na zawsze moja Mamusia. Rozmawiałyśmy o stracie, przeżywaniu żałoby i o tym, że po takim doświadczeniu nic już nie jest beztroskie i oczywiste.

Ostatnio siedzę nad ważnymi dokumentami. Pełna koncentracja. Zapomniałam jednak wyciszyć telefonu. I tak to już jest , że ten zadzwoni zawsze wtedy kiedy musisz coś ważnego skończyć na czas. I są rozmowy z gatunku tych bardzo kłopotliwych, jeśli przyjdzie ci odebrać połączenie w towarzystwie osoby postronnej, klienta, który oczekuje, że nie rozpłaczesz się przy nim do słuchawki.

-Pewnie dzwonię  nie w porę… -tłumaczy się Hania, a ja przeczuwam w jej głosie, że musiała przejść przez coś wyjątkowo dołującego.  -Zmarła moja mama… Pogrzeb za dwa dni…

Kiedy słyszysz w pracy coś takiego, jakaś część ciebie, w środku krzyczy: Wiem, wiem co czujesz. Ale każde słowo wydaje się wtedy takie banalne. Dlatego lepiej milczeć.

Przyjmij najszczersze kondolencje? Tak bardzo mi przykro? Czas goi rany? Czy bardzo cierpiała? Nie martw się, na pewno jest już w niebie? Chyba nie wolałabyś, by zmarła po długiej i ciężkiej chorobie? To może lepiej dla niej, że nagle? Wszystkie te zdania zastygają w gardle i nie chcą przez nie przejść.

Bo zamiast tego w głowie przewijają się jak stary film,  wspomnienia z dzieciństwa. Widzę Mamę Hani, pochyloną nad drutami. Robiła fantastyczne swetry i w czasach komuny  jej jedyna córka nigdy nie chodziła kiepsko ubrana. W  domu  mojej koleżanki z dzieciństwa  zawsze rosły bujne, egzotyczne rośliny. Papryczki pepperoni, krzew cytrynowy. A w kuchni pachniało dobrym jedzeniem. Na stole leżały świeże numery „Przekroju” i „Burdy”. W kioskach zakładało się tzw.teczki, do których regularni prenumeratorzy mieli odkładane ulubione tytuły wydawnicze.

W każdym razie pierwszą lekturę „Przekroju” zawdzięczam rodzicom Hani!

Pani Krystyna  wydawała mi się na tle moich własnych rodziców taka nowoczesna.

Ale nie pytaj mnie co wtedy było dla mnie synonimem nowoczesności.Może  gładkie, nie pociągnięte wałkiem w paskudny wzorek ( jak w moim rodzinnym domu) ściany? Może  szacunek dla faktu, że nasi sąsiedzi dużo podróżowali? No i jeszcze: ukochany zwierzak. Mój kot przetrwał w domu nie dłużej niż dwa tygodnie i został oddany „w dobre ręce” gdy byłam w szkole. Duża przykrość.

Moi rodzice nigdy nie zgodzili się na kupienie mi wymarzonego psa, a Hania była szczęściarą: uwielbiałam jej ekscentrycznego, niedużego pieska o dziwacznym imieniu Peppe. Włóczyłyśmy się często na rozciągnięte w czasie spacery. Nie kusił jeszcze net, rodzice nie mogli nas namierzyć za pomocą komórki…Ileż godzin przegadanych… Wtedy się gadało od nocy do nocy….

Chyba u Hani wypiłam swoją pierwszą „prawie dorosłą”kawę, z fusami, oczywiście. A na sto procent to u niej spróbowałam dziwacznej w smaku lukrecji. Byłam też wielką fanką wypieków gospodyni tego domu. Mama Hani pracowała w biurze, czego szczerze kumpeli zazdrościłam. U niej w domu nie było wizyt klientek do przymiarki spódnicy. W ogóle jakoś tak mniej przypadkowych ludzi u nich bywało. Mojej lekturze książek zawsze towarzyszył miarowy odgłos maszyny do szyci a z sąsiedniego pokoju. I często wykonywałam znienawidzoną rolę żywej modelki ( „Stań tu tylko na chwilę, zmierzę jak ta bluzka leży na tobie. Pani Marylka jest twojego wzrostu” )-mówiła mama, upominając bym stała wtedy nieruchomo, znosząc wbijanie szpilek , fastrygowanie, podwijanie…

Uciekałam więc czasem od tej niewdzięcznej roli dwie klatki schodowe dalej.

Do dziś słyszę mój zdyszany oddech i kroki, najpierw w trampkach, potem w butach firmy „Podhale” ( białe ze złotymi napisami, szczyt kiczu i jedyna dostępna opcja w latach 1980-1982), a potem w błękitnych szpileczkach na niskim obcasie. Wysokość długo negocjowana w domu ( -Jeszcze sobie, dziecko, zęby w nich wybijesz! ) Jako 16-latki paradowałyśmy chętnie w typowo kobiecym obuwiu.

John Lennon i „Give peace a chance”. A potem wspólny płacz gdy nadesżła w ciemne, grudniowe popołudnie wieść o tym, że szaleniec strzelił do niego w Nowym Jorku.

Siedziałam skulona w kącie, nasłuchując wprawek przyjaciółki granych na pianinie. Ćwiczyła wytrwale. Imagine. Hej, Jude…

Hey Jude, don’t make it bad,
take a sad song and make it better.
Remember to let her into your heart,
then you can start to make it better.

Podczas wspólnego odrabiania zadań domowych często wysuwała język z przejęcia. I nigdy nie chciała uczesać się w koński ogon. A przedszkolny bal przebierańców? Pamiętam dziwną minę Hani gdy zobaczyła mnie w przebraniu pielęgniarki ( uniform i czepek pielęgniarski wypożyczony od cioci). I jej słowa: Przecież ty boisz się widoku krwi?

Często śmiałyśmy się do łez oglądając niekończące się czarno-białe zdjęcia z dzieciństwa Hani. Leżały pięknie poukładane w dużym pudle po butach.

A do zdjęć były zwykle nieodzowne Wyganiacze Smutków Każdego Kalibru, kruche rogaliki z lukrem. Przepyszne.

To były czasy kiedy kaloryczność deserów nie  stanowiła problemu. Większym grzechem byłoby na pewno sprawienie gospodyni zawodu poprzez odmowę skosztowania najświeższych wypieków.

5 dni temu wrzucam do koszyka opakowanie sody, cynamon i przyprawy do piernika.Za chwilę odbiorę zamówiony ser od wiejskiej gospodyni. Idą Święta.

Ponownie dzwoni komórka.

– Szukałam inspiracji na świąteczne wypieki-mówi znowu Hania i wiem, że jest wzruszona. -Przeglądałam zeszyty z przepisami mamy. Pamiętam dokładnie ten starannie prowadzony zeszyt. Każdy przepis miał nazwę, nadaną przez panią Krystynę. Gospodyni piekła więc na przykład babkę dwukolorową cioci Róży czy makowiec Halinki.

-I wiesz- słyszę w słuchawce- wypadła mi z zeszytu kartka z odręcznie napisanym tytułem: „Rogaliki krucho-drożdżowe Janki Z”. To były rogaliki z przepisu twojej mamy…

Jedno puste miejsce przy stole 24 grudnia po zmroku  symbolizuje kogoś kogo chcielibyśmy mieć tego dnia przy sobie. Z upływem czasu tych pustych miejsc, niestety, przybywa.  W końcu nadchodzi rok , że jest ich równie wiele jak tych zajętych przez żywych ludzi . To puste miejsce przy stole  musi więc czasem z konieczności pozostać w  sercu.  A dla kogo ty w tym roku zostawisz puste miejsce przy wigilijnym stole? Mozesz to zrobić symbolicznie, dzieląc się  swoim własnym wspomnieniem o kimś, kogo bardzo ci brakuje.  Możesz dodać  to wspomnienie w komentarzu pod tym postem,  do czego gorąco zapraszam.  A może wolisz napisać o tym na własnym blogu?

*Pamięci Pani Krystyny K. , która, mocno w to wierzę, podzieli się  w nadchodzącą Wigilię swoimi kruchymi rogalikami  z moją *Mamą. Mam przekonanie,  że tam , gdzie jesteście obecnie, przyjaźń kwitnie na nowo i nie ma rozstań…

  • Puste miejsce zawsze budzi nostalgiczne wspomnienia. Chyba na co dzień mamy je gdzieś w sercach, a w święta materializuje się przy stole i chyba wywołuje obrazy z przeszłości.

    • Dokładnie tak, Aniu! No i przy okazji nasżła mnie refleksja, że jaki wiek, takie wydarzenia, które łączą: w pewnym wieku jesteśmy studentami, potem rodzicami małych dzieci, potem opiekujemy się starszymi, by wreszcie razem wspierac się w zajemnie po odejściu bliskich…Taka kolej rzeczy…

  • Fakt, że przybywa tych pustych miejsc. To jest też powód, dla którego nie lubię Świąt. Dla mnie to czas intensywniejszego myślenia, o tych którzy odeszli i o wszystkich smutkach tego świata. Dlatego też uważam, że jeśli tylko jest okazja i możliwość powinno się obchodzić Boże Narodzenie wspólnie z rodziną, przyjaciółmi.

    • Rozumiem, Margret.Twoje święte prawo! Grudniowe dni są tak krótkie i ponure, że trzeba czasem nadludzkich uiejętności by wykrzesać z siebie energię.Własnie wtedy najczęściej dopada nas nostalgia,wspomnienia,podsumowania…
      A jednak uwielbiam chwile po kolacji, kiedy wspólnie śpiewamy kolędy.I ten widok błyszczących światełek za oknami.I chcę pamiętać wtedy, że „Na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok”. Życzę ci pogody ducha na ten świąteczny czas:) I świetnych pomysłów na kolejne udane wpisy na blogu:)