Rodzina zastępcza

Mamy znajomych, którzy  z pełną świadomością zainwestowali w dużą rodzinę.Pani domu sama była jedynaczką .Często odczuwała samotność i miała wiele nie wyćwiczonych umiejętności, które , gdyby miała je z kim doskonalić ( np poprzez siostrzano-braterskie kłótnie )pomogłyby jej lepiej funkcjonować w grupie równieśniczej. Koleżanka poznała na studiach chłopca i zakochała się w jego mądrych oczach, w emanującym z niego spokoju. W jego mądrych myślach. W jego pięknym umyśle.

Gdy poznała bliżej jego rodzinę, rodziców i cztery siostry, zrozumiała, czego brakowało jej we własnym domu rodzinnym. Rywalizacji o rodzicielskie uczucia. Powiernicy-siostry.  Kogoś  z kim  można  coś „zmalować”. Jeśli nie poważniejszą psotę, to…chociażby pomalować paznokcie…. Odczuwała brak kogoś, z kim odważyłaby się pójść na wagary. Nie miała powiernicy sekretów. Nikogo, kto stanąłby za nią murem.Kto wysłuchałby jej żalu do świata w deszczowy dzień. Nikogo, od kogo można pożyczyć modną   spódnicę na randkę.

Koleżanka zaprzyjaźniła się z siostrami swojego chłopaka.

Z czasem zostały substytutem nieistniejącej realnie siostry.

Obrona pracy magisterskiej, ślub. Ale przed uroczystościami, poważna rozmowa. Jej chłopak , zanim kupił jej pierścionek, zapytał,czy  ona zgodzi się na dużą rodzinę. Co najmniej 4 dzieci. Tłumaczył,że  własną rodzinę chce mieć równie silną i wspierającą, jak tę, z której sam pochodzi.

A ona podzieliła się z nim historią własnych , samotnych lęków z okresu dzieciństwa.

I tak , w kilkuletnich odstepach, przyszła na świat 5 ich planowanych i chcianych  dzieci.

Chłopiec, dziewczynka, chłopiec, dziewczynka i na koniec-chłopiec.

3 braci i dwie siostry. Niedawno byliśmy zaproszeni z mężem na 20 rocznicę ślubu tej pary  naszych przyjaciół-rodziców 5 dzieci.

Po obejrzeniu filmu-niespodzianki, stanowiącego prezent dzieci, zmontowanego przez 4 starszych potomków ( najmłodszy wciąż tkwił przyklejony do mamy ), byliśmy naprawdę wzruszeni. Pokazano nam  absolutnie fantastyczną i unikatową kronikę wielkiej miłości. I prawdziwego domu. Wszyscy goście byli poruszeni po jego projekcji. Najbardziej wzruszyły nas zdjęcia Pani domu- a było ich 5- w ciążowych ogrodniczkach z napisem :”Baby” na kieszonce i strzałeczką, skierowana w stronę brzucha. I te transparenty powitalne w domu ! Uwiecznione  na zdjęciach, wykonane przez starsze dzieci z tatusiem, na powitanie mamy, wracającej ze spzitala z małym zawiniątkiem! Na zdjęciach wydarznia te wyglądały na wielkie święto! Po narodzinach najmłodszego ich syna podczas odwiedzin  u nich,  policzyłam,że każde z 4 rodzeństwa obejmowało godzinny dyżur nad dzidziusiem tak, aby rodzice mogli odpocząć , zająć się gośćmi, wypić po lampce wina. przejrzeć spokojnie albumy ze zdjęciami.  Fotografia,podróze i języki obce to wielka pasja tej fajnej rodzinki. Rodzice nie wyglądali na  pięciokrotnie bardziej zestresowanych od posiadaczy jednego dziecka.  Emanowali  głębokim spokojem.. Prawdopodobnie nie mieli zbyt wiele czasu na „dzielenie włosa na czworo”, chodzenie po forach tuż po pierwszym kichnięciu nowordka tudzież na czytanie instrukcji obsługi młodego człowieka. Po prostu- kierowali się zdrowym rozsądkiem i intuicją!

Nie. To nie rodziny wielodzietne są patologiczne.  Patologiczne i krzywdzące jest obarczanie wszystkich rodzin, które podjęły decyzję, że chcą wychować więcej niż 2 dzieci, mianem  patologii.

Ja bym raczej taką decyzję  nazwała ekstremalnie odważną. Wersja dla  odpornych. Dla ryzykantów. Dla twardzieli.

Nasi przyjaciele prowadzą  rodzinny biznes. Oboje pochodzą z wykształconych rodzin. W rodzinie ojca  było 5 dzieci. Jego mama , z zawodu lekarz pediatra, uwielbiała dzieci  i miała do nich znakomite podejście. Wychowała ich 5 i zaszczepiła w nich ufność.Pogodę ducha.  Każde z 5 dzieci ukończyło studia. 4 z 5 dzieci założyło własne rodziny i ma więcej niż 3 własnych pociech. „Zbiorowa patologia” ,a może  recepta na harmonię w życiu?

Jestem daleka od komentowania, kto ma ile dzieci i czy przydałoby mu się więcej, czy mniej pociech… Pozwólmy ludziom dokonywać wyborów o charakterze osobistym! Bądźmy wyrozumiali wobec ludzi, którzy stwierdzają, że uwielbiają być rodzicami,  mają do nich cierpliwość, nie żal im straconych imprez i wolnego czasu na rozwój własnych pasji. ich pasją jest rodzina. Stać ich na wykształcenie swoich dzieci i chcą mieć dużą rodzinę. Dlaczego czasem  ludzie śmieją się z dużych rodzin i  niepochlebnie komentują  fakt,że ktoś dobrze się czuje w duzym gronie? Wystawianie  duzych rodzin na ostracyzm i wytykanie z pogardą palcami – to często nasza polska specyfika…

Duża  rodzina naszych przyjaciół bardzo się wspiera. Wynieśli to z domu.  Za najwyższe dobro uważa fakt, że może na siebie liczyć. Wszystkie dzieci uczyły się ( i nadal uczą) na tyle dobrze, że bez problemu, mimo zamieszkania w prowincjonalnym mieście, trafiły ostatecznie  na dobre, krakowskie i warszawskie uczelnie.  Dwie z dziewcząt, studentka oraz świeżo upieczona  licealistka renomowanego LO w Krakowie, zamierzająca po maturze pójść na medycynę ( śladem swojej babci oraz 2 cioć), odwiedziły nas dzisiaj. Na prośbę  naszych przyjaciół-ich rodziców, zmartwionych faktem, że odległość z Krakowa do ich rodzinnego miasteczka jest zbyt duża, by dziewczyny mogły odwiedzać dom co tydzień…. Zaproponowaliśmy, że chętnie zostaniemy…. dla ich córek .. weekendową rodziną zastępczą! :))

Siostry mieszkają we wspólnym mieszkaniu i wspierają się jak mogą, ale tęsknią za pozostałymi w domu braćmi. Dziewczyny żartowały dziś: – Cóż za paradoks! W rodzinnym mieście po przyjściu ze szkoły każde z nas narzekało na domowy harmider i rozgardiasz, nieunikniony przy dużej rodzince. A po przyjeździe do Krakowa, nie jesteśmy  w stanie uczyć się w ciszy i celowo podczas odrabiania zadań domowych  słuchamy  głośno radia  by mieć w głowie namiastkę domowego klimatu. Na początku roku szkolnego najgorszą perspektywą dla dzieci, które wyjechały do szkoły poza miejsce stałego zamieszkania, wydają się samotne, niedzielne popołudnia z dala od najbliższych. Siostra-studentka rozumie licealistkę. Jest ona  jeszcze niepełnoletnia, przeżywa rozłąkę z rodzicami choć oficjalnie nie chce tego przyznać. Nadrabia miną.

Zjedliśmy bardzo improwizowany  ale pyszny obiad w ogrodzie. Na deser były świeżo zerwane z krzaka maliny i tarta ze śliwkami. Poczułam wielką radość.  Te dziewczyny potrafią uważnie  słuchać, nie przerywając, a potem dopiero  mówiły. Cóż za miła odmiana!  Myślę,dzięki  takim rozmowom w mieszanym towarzystwie, poczułam  wsparcie i zrozumienie  dla pewnych moich decyzji czy  myśli. Jak miło, gdy „baba trzyma stronę baby i staje w jej obronie”…Odkryłam też, że często moi panowie, mąż i syn, pozostawiają mnie w  niekomfortowej sytuacji „przegłosowania” na dany temat. Dziś, co w naszym domu należy do rzadkości, przewagę miały kobiety! Przynajmniej liczebną.I spodobała mi się bardzo taka odmiana. I naszedł mnie melancholijny wniosek: wręczajac im kawałek  kruchego ciasta ze śliwka domowego wypieku, poczułam ,że  będzie mi przykro , jak odjadą! I zdałam sobie sprawę, że ja chcę więcej takich wizyt. Wizyt, promieniujących radością, empatią, taktem, ciepłem.Wizyt kogoś, kto w naturalny sposób potrafi okazywać sympatię  i zrozumienie.  Mama tych  córek jest prawdziwą szczęściarą. Byłam zachwycona dzisiejszym popołudniem w towarzystwie naszych gości!  Zupełnie nowa perspektywa. Na pożegnanie dziewczyn  rzuciliśmy z mężem spontanicznie:- Chętnie  podejmiemy się roli weekendowej rodziny zastępczej. Zaglądajcie, jak będzie wam smutno, jak będziecie potrzebować  wsparcia emocjonalnego. A gdy zamknęłam za miłym  gośćmi drzwi ,musiałam  uczciwie przyznać sama przed sobą: może i one zyskały dziś namiastkę domowej atmosfery. My za to zyskaliśmy dzięki ich towarzystwu  coś cenniejszego: poczucie bycia potrzebnym. A takie  kojące ciepło może ci ofiarowac tylko ktoś, kto urodził się i wychował w szczęśliwej, akceptującej się rodzinie.

I odtąd nie pozwolę już złego słowa powiedzieć na dzieci z rodzin wielodzietnych.Ten, kto określa takie rodziny mianem patologii społecznej, jest Misiem o Bardzo Małym Rozumku.

Patologia zdarza się i w rodzinach jedynaków, i w rodzinach o tradycyjnym modelu „2+2”.  Smutne, że najczęściej powodów patologii rodzinnych  upatruje się w wielodzietności.  Patologia częściej dotyka ludzi , którzy są po prostu słabi.Nie mają ambicji zdobycia sensownego zawodu. Sa zbyt mało wytrwali by osiągnąć zamierzony cel. Lub też postanowili położyć w życiu wszystko na jedną szalę: przyjażń, poczucie przyzwoitości byle  jakoś się  w  tym życiu „ustawić”. Jasne, że są dzieci, które miały mniej szczęścia: urodziły się w rodzinie nałogowych alkoholików, produkujących dzieci „co rok to prorok”,żerujące na opiece społecznej.  Nie powinniśmy jednak  generalizować.  Przekreślam dziś zdecydowanie lansowane w społecznej świadomości równanie: wielodzietne rodziny= zacofanie + ciemnota. Po dzisiejszym dniu jestem pewna, że to nie dochód rodziny na głowę jest wyznacznikiem  jej szczęścia. A  na pewno nie decydującym.Bo prawdziwą sztuką jest dostrzegać smak i sens życia jeśli potrafimy z czegoś zrezygnować na rzecz innych. A rodzice rodzin wielodzietnych musza raczej świadomie rezygnować np z wczasów na Majorce lub ciuchów od modnych projektantów.Inwestują w człowieka. Czy to nie najpiękniejsza, nie godna szacunku inwestycja?

 

  • ~M.

    Hmmm

    Idąc dzisiaj do pracy (zanim przeczytałam ten wpis) myślałam sobie, jak to dobrze, że mamy 1 dziecko. Bo miałam ostatnio przyjemność usłyszeć/przeczytać o takich problemach związanych z nienawiścią/walką wśród rodzeństwa, że…

    I przemyślałam, że z całą pewnością nie byłabym z Młodą tak blisko, gdyby miała siostrę. Bo przecież wtedy rozmawiałaby zwłaszcza z nią. Ja byłabym z boku. Miałabym więcej czasu, ale czy o to chodzi…

    Bardzo trudno jest wychować gromadkę dzieci – choć wg mnie łatwiej niż parkę. Zobrazuję to. Gdy jest 2 dzieci, każde ciągnie sznurek w swoją stronę. Dzieci rywalizują. Natomiast przy 4-6 dzieci ja to widzę, jak „szarpanie za płachtę w celu utrzymania piłeczki” – jest taka gra dla dzieci ucząca współpracy. Każde ze swojej strony ciągnie i jest dobrze. Czasem tylko są zazdrosne o notorycznego dzidziusia, czyli dziecko najmłodsze. 🙂

    Znałam Mamę dzieci, o których pisałaś. Nie pamiętam, by będąc na studiach marudziła, że jest jej źle bez rodzeństwa. Była za to nadzwyczaj spokojna i stonowana. Z całą pewnością dzieci wychowali doskonale. 🙂

    Rodziny takie są jednak wyjątkami. A szkoda.

  • Kiedyś marzyłam o dużej rodzinie a dzisiaj cieszę się z tej co mam 🙂

  • Jasne, że rodziny wielodzietne są patologiczne. W dokładnie takim samym stopniu, jak te, w których dziecko jest jedno. To człowiek tworzy patologię, nie liczba dzieci. Swoim zachowaniem, postawą…

    • Dokładnie tak, Przyznaję ci rację. Ale mniej patologii jest w rodzinie, gdzie w codziennych relacjach mamy „na kim” poćwiczyć współpracę, współczucieitp. W rodzinach jedynaków łatwiej jest rozpieścić dziecko. Choć nie jest to żadne przytyk dla małych rodzin-pisże o tym, bo znam to z…autopsji. Mamy w końcu jedynaka. I podczas tej wizyty sióstr z rodzinki wielodzietnej doceniłam fakt,że super jest, jeśli uwaga rodziców skupia się na więcej niż jedynym dziecku. To lepsze i dla rodziców, i dla malucha!

  • znam rodzinę, która liczy dziesięcioro dzieci i najważniejsze w tej rodzinie jest wzajemny szacunek, miłość, pomoc
    najpiękniejszy jest w salonie dłuuuugi stół, przy którym każdy ma swoje miejsce – może jest biedniej, ale za to napewno nie ma żadnej patologii

    • Wiele takich rodzin wokół nas. Należy im się szacunek :))

  • Były szef mojeg męża podarował kiedyś pracownikom książkę, której tytułu juz nie pamiętam. Były w niej zapadające w pamięć historie. Każda prawdziwa. Podobno w jednym ze stanów USA odkryto zadziwiająco długą średnią życia jego mieszkańców. Po wyeliminowaniu wielu przypadkowych czynników, które nie mogły znacząco wpłynąć na fenomen długiej żywotności mieszkańców, na „placu boju”został bezsprzeczny fakt: większość mieszkańców długowiecznego miasteczka stanowiły wielopokoleniowe rodziny włoskich emigrantów.Trzymały się razem, wspierając w krytycznych chwilach życia. Te więzi działały jak katalizator na różne życiowe „zakręty”i niwelowały poziom stresu. Dobre słowo i dobry dotyk to jest to, czego potrzebujemy,by nasze życie smakowało nam lepiej.By było lepszej jakości. Single podobno żyją, niestety,krócej…

  • inwestycja w człowieka, pięknie to brzmi.

  • Takie historie dają nadzieję na to, że można zbudować szczęśliwą (dużą) rodzinę. W dzisiejszych czasach jest to szalenie trudne. Gratuluję 🙂
    Miłego dnia 🙂