Taki już los emigranta…

Misia wpadła  dziś do pani Zeni z właściwym sobie impetem. Sąsiadka ( miejscowe źródełko  zaopatrzenia w świeże jajka, bez pieczątek, od szczęśliwych kur oraz hodowca   królików na potrzeby spożywcze okolicznej dziatwy)  to

wcale jeszcze nie stara, zażywna  kobieta słusznej tuszy. Dzisiejszego  poranka, odgarnąwszy ze spoconego czoła  siwe loczki, odłożyła motykę i myjąc w pośpiechu pobrudzone ziemią dłonie, wykonała pierwszy gest  w stronę typowego “small talk”, całą swoją dużą sylwetką  i uśmiechem okazując klientce zainteresowanie :

– No i jak tam, pani Misiu w tym Monachium się żyje? Wakacje w Polsce? Dzieci to chyba tam w Niemczech dopiero w sierpniu wolne mają , prawda?

Misia ,z portfelem po d pachą i  gotowością  do uiszczenia rachunku na swoje eko-nabytki , z  kilkoma opakowaniami świeżych eko-jajek  w jednej ręce  oraz 2 porcjami królika na niedzielny obiad w drugiej, przystanęła w pół kroku do drzwi wyjściowych.   Oj, lubiła gawędzić ,lubiła! Zaświergotała zatem  z prędkością karabinu maszynowego:

– A, super! Tak, dzieciaki do końca lipca w szkole zajęcia miały. A na świadectwie same jedynki! O, jedynka to u nich najlepsza ocena, odwrotnie niż u nas. No, trochę jeszcze problemów z niemieckim no to wiadomo, mają. Ale mój Robuś najlepszy z matematyki w całej klasie! O, mówię pani, jak tym Niemcom zależy, żebyśmy się my, Polacy z dziećmi, na stale tam osiedlali! To nauczycielki w szkole mi mówiły prosto w oczy: Źle wam u was w kraju? Roboty nie ma? No to przyjeżdżajcie! Zwłaszcza, jak się robić ciężko nie boicie… To jasne, że wolą nas od Arabów albo  Murzynów, no nie?- Misia przewróciła z dumą oczami.

Założę się, ze poczuła się dumna z powodu faktu swojej białej rasy oraz kraju , w którym przyszła na świat…

-O robotę nową się staram, w szpitalu. Potrzebują  kogoś kto będzie zarządzał ruchem chorych, no wie, pani. Jak na ten przykład wypisują pacjenta z oddziału, to taka osoba odpowiada za to , żeby pacjent papiery miał w porząsiu… Potem taka osoba dzwoni do serwisu sprzątającego i zamawia  dezynfekcję łóżka, zmianę pościeli itd..Taka osoba pyta też czy pacjent ma wskazania do diety, zlicza takie osoby na oddziale i zamawia ilość dietetycznych porcji w firmie cateringowej… No, to taka pomoc szpitalna….Tylko na kurs językowy się zapisałam, 3 miesiące, egzamin i mogę robotę zaczynać. A na kursie to będzie medyczny niemiecki. No, związany ze szpitalem, w każdym razie….

-Wie pani-zwierzyła się, zniżając nieco głos- W tej firmie sprzątającej to niby wcale źle nie było.  Dobre stawki. 12 euro za godzinę. Mieliśmy obstawione domy lekarzy, adwokatów, nawet jedna sędzina  się trafiła… Ale…-tu Misia wyciągnęła przed siebie dłonie z pomalowanymi na różowo paznokciami.

-Widzi pani, po tylu latach jednak kontakt z tymi chemikaliami robi swoje. Skórę mam spierzchniętą, łuszczy mi się, piecze. A przecież cżłowiek nie tylko w tej chemii po pachy ubabrany, ale jeszcze wdycha te wszystkie świństwa i zwyczajnie łeb od tego napiernicza…. No to wymyśliłam, że robota umysłowa to jednak fajna rzecz…

 

-Widzę, że bardzo się pani śpieszy-zagaiła  sąsiadka, hodująca kury i króliki.-To chyba czasu na szybką  herbatkę też nie będzie? A może jednak? -zawiesza głos gospodyni.

-Zimą, jak na ferie zimowe przyjedziemy, to pani obiecuję, ze zaglądnę na dłużej.

Widzi pani, tyle w tej Polsce do załatwienia, jak się przyjeżdża na tydzień  to nie wiadomo, od czego zacząć. Zawsze się zapisujemy do lekarza pierwszego kontaktu ,żeby powypisywał potrzebne recepty, ja do ginekologa, no wiadomo, raz do roku mus…

Potem cała rodzina do dentysty na przegląd i borowanie. Ojej , ale tego nie lubimy. No ale Niemcy bardzo dbają o zęby, wie pani? U każdego w domu to w łazience szczoteczki elektryczne. Nitki do zębów. Płukanki przeciw przykremu zapachowi… No i biegają do gabinetów na wybielanie, lakierowanie … No i jeszcze na zabiegi na nogi też strasznie biegają. Żadnych popękanych, zgrubiałych pięt! Mają specjalne gabinety. Masaże stóp, likwidowanie odgniotków. Zęby ładne, żeby się uśmiechać bez wstydu, nogi zdrowe, żeby nas długo nosiły-mrugnęła  Misia filuternie.

-Jak już dentystę zaliczymy, to potem jeszcze rentgenik , morfologia- do roboty te badania muszą być…Badanie do pracy na wysokości dla męża…

I na koniec fryzjer. Oj, bo w Niemczech strasznie drogi. Normalnie to się chłopaki w rodzinie maszynkami strzygą raz  na miesiąc… No ale raz na czas to trzeba porządnie, z klasą, u fryzjera…

Po fryzjerze to gotujemy i zaprawiamy do słoików prowiant: bigos, fasolka po bretońsku. Pieczemy rogaliki, będą do zamrożenia. Gotujemy kompoty  zaciągamy, robimy sałatki. Co się da to kupujemy w Polsce. Tam żywność droga… Teściowa pomaga. Lubi wnukom w prezencie dżemików truskawkowych i wiśniowych narobić… I na koniec idziemy kupić jakieś  buty, tu w Polsce tańsze. Zapasy procentów, jakieś drobiazgi ze srebra w prezencie dla moich Frau, u których pracuję… Zawsze im to humor poprawia. A za polskimi bursztynami to przepadają!

Zamawiają też u mnie swojską wędlinkę, to zamawiam u sąsiada, właśnie miał świniobicie… No i tak wyjazd do Polski trochę się nam zwróci.

Ale wie pani, że Polacy to jednak zawistny naród? W łyżce wody by  jeden drugiego utopił…- podsumowuje Misia, wyciągnąwszy z portfela dokładnie odliczoną należność za zakupy.

Pani Zenia ze stoickim spokojem znosi słowotok młodej emigrantki, mimiką twarzy upewniając klientkę, że słucha uważnie…

-No to opowiem już wszystko, jak na spowiedzi świętej-decyduje Misia, odstawiając na bok sprawunki.

-Dzwoni do nas tydzień temu taki kumpel mojego braciszka, ochlaptus. Tak jak i brat, zresztą- kwituje Misia, przewracając znowu oczami w geście bezradności.

– Mówi, że  niby pili z moim Zbysiem i on , znaczy się, Zbysio, przytomność stracił. I że go on, ten kumpel,  nie mógł do przytomności wrócić. Ani wiaderkiem wody, ani chlustaniem po twarzy. Brat mieszka też w Niemczech, ale daleko od nas. Żona go już przez tą wódę zostawiła. Na dzieci przestał płacić, po sądach go powywlekała…

Pytam ja tego cżłowieka o adres, bo podobno razem na mieszkaniu siedzieli.

-Nie, nie, brat nie jest “homo nie wiadomo” to pewne-gestykuluje Misia, potrząsając bransoletką z charmsami .-Razem robili na jednej budowie i razem se znaleźli kwaterę….

No to go pytam, gdzie mogę brata znaleźć? W kostnicy? Bo pogotowie wzywał?

Pani Zeniu, no straszny nerw mnie wziął. A ja wtedy od razu alergii na skórze dostaję. To się drapać zaczęłam z nerwów. Przyjeżdżamy do miasteczka. Idę do księdza zamówić pogrzeb, ustalić datę a on mi mówi: dokument zgonu. Ja mu mówię, ze dostarczę, tylko chciałam datę zamówić. A on na to: – To może by lepiej do Polski odwieźć w urnie…. Nie lepiej leżeć w ojczyźnie niż na obczyźnie?

No to jadę po dokument zgonu. W prosektorium mówię imię i nazwisko. Każą pokazać paszport. I wprowadzają mnie do pokoju. Brr-Misia otrząsa się na wspomnienie- i pokazują denata z lodówki. Wysoki i chudy jak mój brat… Dawno go nie widziałam, chyba aż tak się nie zmienił? Podchodzę bliżej. Coś się nie zgadza. Denaci z lodówki  to nie jest przyjemny widok no ale się patrzę, co nie? I to nie mój brat! No to krzyczę, ze chyba  pomyłka zaszła. Pracownik odczytuje z kartoteki wiek: truposzek za stary! Podobny do brata. Też Polak. Ale okazuje się, że choć nazwisko podobne, to jednak wszystko jest fatalna pomyłką.

No to wybiegam z prosektorium, jadę pod adres, który mi  ten obleśny kumpel brata podał, i co? I zastaję tam braciszka, nieprzytomnego po libacji. Koleś też pijamy. Potrząsam nim, dałam mu w pysk i pytam: czego straszysz ludzi? Ja mało co nie  zeszłam!  To jest moczymorda taki jak ty, ale jednak mój brat! Czy wiesz, że jego żona tu już jedzie z Polski, na pewno ubrana na czarno?

Moczymorda  trzeźwieje trochę. Brat ani drgnie. Chrapie głośno. Śmierdzi okropnie…

Kolega na to, że brat od dawna nie płaci. Do roboty chodzi w kratkę, I najlepiej, żeby go do Polski na leczenie zabrać. Ale najpierw zapłacić 350 euro zaległych opłat. Wszystko sprawiedliwie po połowie żeśmy płacili. Tom se pomyślał: Na pogrzeb na stówę przyjedziesz. Chociaż go nie lubisz… On mi mówił. Że  siostra ani rodzina go nie lubi, ani żona ślubna ani dzieci….

-No i…. Misia ociera jedną, samotną  łzę, spadającą z policzka.

– Przywieźliśmy go  do Polski na leczenie. Może jak się podkuruje , wróci do żony, jakąś robotę znajdzie, w końcu góral z niego, poradzi sobie. Byle tą wódę przestał chlać…. Zakała rodziny.

-To w sumie dobre wiadomości-uśmiecha sie pani Zenia, chowając swoją należność do portfela.-Brat na leczeniu. Może zejdą się z żoną. A pani, Pani Misiu, lubi przecież  pomagać i być w centrum wydarzeń- jak to w tefałenie mówią…

 

Misia uśmiechnęła się smętnie.

– Od przyjazdu do Polski to w sumie od lekarza do lekarza biegamy…

…Łapę sobie zwichnęłam na tym skunksie koleżce – pijaczku…. i do chirurga musiałam prywatnie pójść.

-Jak to, zwichnęła pani łapę?- nie zrozumiała pani Zenia.

-Jak się dowiedziałam, że kłamał z tym bratem, że brat żyje, znaczy się… To tak się na niego wkurzyłam, za to, że tak podle kłamał. A potem to mi okropnie wstyd było. Bo ja już myślałam, że z tym bratem to już na amen spokój będzie. Bo z nim same kłopoty. Ale teraz to tak myślę: Człowiek, nie zwierzę, trzeba dać mu szansę.

-To do widzenia, pani Zeniu. Jadę do domu pakować prowiant  jedzeniowy na wyjazd . Jutro o piątej rano w drogę.  Taki to już los emigranta. No ale tam nasz dom, gdzie  praca… Ciągle na walizkach…